Jak zacząć dostrzegać małe sukcesy?

Zrobiłam to, ale co w tym wielkiego? Musi być wielkie, żeby było o czym mówić. Ok, zrobiłam, ale inni zrobiliby to 2 x szybciej, 3 x lepiej, 4 x kreatywniej, 5 x doskonalej. To jest coś, co mogę uznać za sukces? To chyba żart! To takie nic…

 

Takie myśli towarzyszyły moim małym sukcesom bardzo długo. O ile w ogóle je zauważałam, bo częściej jednak nie.

Kiedy gdzieś usłyszałam, że ważne jest docenianie tych małych kroków. Postanowiłam je dostrzegać. Od pomysłu do realizacji jest jednak kawałek drogi. O ile decyzja jest najważniejszym krokiem, o tyle ona sama nie wystarcza. Potrzebujemy jeszcze motywacji, samozaparcia, ale przede wszystkim musimy wiedzieć JAK to zrobić. Co z tego, że powiedziałam sobie: od dziś widzę i doceniam swoje małe sukcesy? Niewiele. Póki miałam w głowie obraz spektakularnego sukcesu i tylko wtedy mogłam go tak nazywać, tych drobnych po prostu nie widziałam. Nie bez powodu za „know-how” płaci się tak dużo:)

Bez wiedzy: co możemy z tym zrobić, jak możemy to zrobić… nic nie zdziałamy. Krążymy w kółko, możemy się jeszcze przy okazji sfrustrować, że coś z nami nie tak, skoro nie działa.

Takie działanie przypomina mi trochę wczorajszą sytuację z Facebook’a. Od jakiegoś czasu widzę, jak ludzie udostępniają zdjęcie samochodu (z dopisanym wyraźnie numerem rejestracji), którym ktoś ciągnie psa na linie. Zdjęcie podpisane: „Udostępniajcie, może ktoś go złapie”. Napisałam wreszcie w komentarzu: „Póki wszyscy będą udostępniać, a nikt nie zadzwoni na policję, może ktoś złapie – katar na przykład”. Chęci na pewno wszyscy mieli dobre. Zabrakło jednak pomysłu, jak to rozwiązać. I robimy takie rzeczy nie dlatego, że jesteśmy głupi; tylko dlatego, że brakuje nam wiedzy. Czasami też po prostu nie zastanowimy się, działamy schematycznie.

I tu jest pies pogrzebany…

Skoro dotąd nie widzieliśmy, jak ważne są nasze małe kroki, trzeba przełamać ten schemat. Proste, prawda? Dla mnie też, to odkrycie zajęło mi ‚tylko’ 2 miesiące 🙂

A potem zaczęłam codziennie wieczorem zapisywać wszystkie dobre rzeczy, które mnie spotkały w ciągu dnia. Za pierwszym razem, z wielkim trudem, znalazłam trzy. Ale z czasem lista zaczęła być coraz dłuższa. Przyszedł nareszcie taki moment, że kiedy siadałam do pisania, długopis nie nadążał za myślami.

Kiedy już nauczyłam się dostrzegać pozytywy, przeszłam do sukcesów. Wcale nie było tak łatwo. Pozytyw – ok, to coś przyjemnego, łatwo rozpoznać. Ale jak z tego wyodrębnić sukcesy? Co jest tym sukcesem?

Na początku sukcesami nazwałam zrobienie tego, co zaplanowałam. Musiałam tu podyskutować z moją Panią Idealną, która twierdziła, że jak zaplanowałam, to żadne „wielkie halo”, że zrobiłam. A tak, „wielkie halo”! Można przecież zaplanować i nie zrobić.

Kolejnym sukcesem do odnotowania było nabranie nowej umiejętności. I bez znaczenia było, czy nauczyłam się czegoś, bo do tego dążyłam, czy wyszło mi przez przypadek (takie „przypadki” często mają miejsce przy nabywaniu innych umiejętności). Powoli, powoli na liście znajdowały się coraz drobniejsze umiejętności.

Zdecydowanie zaczęłam zapisywać to, kiedy przełamałam siebie. Nie umiałam odmówić, a tym razem to zrobiłam? Zapisać. Bardzo źle odbierałam, kiedy pani w sklepie „warczy”, a teraz pomyślałam, że może ma zły dzień? Zapisać. Nowo poznany mężczyzna okazał zaborczość, a ja spokojnie powiedziałam, że mam swoich znajomych i nie zamierzam przestać się z nimi spotykać, zamiast go posłać od razu „na drzewo”? Zapisać. Odpowiedziałam na ulicy na pytanie w języku angielskim, zamiast odpowiedzieć standardowe „I don’t understand”? Zapisać.

Okazało się, że tyle rzeczy może być sukcesem, że aż nie mogłam wyjść z podziwu! Wreszcie dostrzeganie ich stało się dla mnie normalne. I lista rosła każdego dnia. Dlaczego? Bo na tym się skupiałam!

Znacie to? Uczę się jeździć – wszędzie widzę samochody z „L”-ką. Chcę mieć dziecko albo jestem w ciąży – wszędzie dookoła są ciężarne kobiety i dzieci w wózkach. Zakochałam się w hiszpańskim – nagle cały świat mówi po hiszpańsku.

To naprawdę tak działa – widzimy i słyszymy to, o czym myślimy. Jeśli zaś twierdzimy, że coś nie istnieje lub nie ma znaczenia – możemy się o to potknąć, a powiemy, że to było coś innego.

I w ten sposób, nawet o tym nie wiedząc, przeszłam z poziomu „świadomej niekompetencji” do „nieświadomej kompetencji”.

Dopiero później dowiedziałam się, że uczenie się ma kilka etapów.

Pierwszym jest „nieświadoma niekompetencja” – nie wiemy, że czegoś nie umiemy.

Drugi: „świadoma niekompetencja” – wiesz, że czegoś nie umiesz.

Trzeci to „świadoma kompetencja” – wykonujesz jakąś czynność, poświęcając jej świadomą uwagę. To najtrudniejszy etap, bo często nowe rzeczy wydają nam się sztuczne i przesadzone, a jednocześnie najważniejszy, bo tu właśnie jest cała robota. Pamiętam, kiedy uczyłam się komunikacji bez przemocy i poznałam ‘komunikat „ja”’. Postanowiłam użyć go w pracy. Wydawało mi się to tak nienaturalne, że byłam przekonana, że każdy zauważy, że posługuję się jakimś schematem. Ku mojemu zaskoczeniu, nikt nie zauważył w tym niczego dziwnego, a ja osiągnęłam swój cel.

I ostatni, czwarty to „nieświadoma kompetencja” – wykonujesz jakąś czynność nieświadomie, zwykle automatycznie.

Będąc na trzecim etapie, czyli wyszukując sukcesy, zapisywałam ich mnóstwo. Teraz mam ich świadomość, jednak nie do wszystkich przywiązuję wagę, bo świętowałabym nieustannie. Doceniam np. to, że upiekłam nowe, pyszne ciasto, ale nie muszę tego specjalnie świętować. Kiedy jednak zrobiłam coś, co było dla mnie trudne, celebruję to – sprawiam sobie jakąś małą przyjemność albo po prostu chwalę znajomym🙂

Wciąż bywa, że odzywa się Pani Idealna. Moim pierwszym celem w nauce hiszpańskiego było czytanie książek Eduardo Mendozy w oryginale. Kiedy kolejny raz spróbowałam i okazało się, że czytam i rozumiem, pomyślałam „I co w tym wielkiego, znasz tę książkę po polsku”. Ale za moment zreflektowałam się: sięgnęłam po tę książkę nie po raz pierwszy i wcześniej znajomość wersji polskiej jakoś mi nie pomagała.

Tak, czasami nasz krytyk wewnętrzny dochodzi do głosu, mimo zmiany naszego myślenia. Nie oznacza to jednak, że niczego się nie nauczyliśmy, że cały ten wysiłek poszedł na marne. Oznacza to tylko, że mamy gorszy dzień. Zwykle tak się dzieje, kiedy nam się trochę nawarstwi. A najlepszym dowodem na to, że umiemy, jest to, że potrafimy przegadać ten wewnętrzny głos. Nowe umiejętności nie sprawiają, że zawsze reagujemy idealnie, ale że umiemy sobie poradzić także wtedy, kiedy odzywają się stare przyzwyczajenia.

A jak się już nauczymy dostrzegać, możemy się z tych sukcesów nareszcie cieszyć. Pisałam o tym TUTAJ.

Ok, napisałam nowy artykuł. Teraz idę zrobić sobie dobrą kawę. Na lody też zasłużyłam. A co 🙂

Jeśli mój post pomógł Ci w czymś, do czegoś Cię zainspirował – napisz mi o tym w komentarzu.

Please follow and like us:

Zapisz się na kurs "Zapamiętaj słowa raz a dobrze!"

Zapisując się na kurs wyrażam zgodę na przetwarzanie podanych danych w celu otrzymywania newslettera. Wyrażam zgodę na przesyłanie mi informacji handlowych o produktach.

autoresponder system powered by FreshMail
 

ZAPISZ SIĘ NA BEZPŁATNY MOTYWATOR JĘZYKOWY I ODBIERZ SWÓJ PREZENT

Wyrażam zgodę na prze­twa­rza­nie po­da­nych danych w celu otrzy­my­wa­nia newslettera. Wyrażam zgodę na otrzy­my­wanie in­for­ma­cji han­dlo­wych o produktach.

autoresponder system powered by FreshMail
 

Jak rozumieć nativów? - Zapisz się na webinar

Zapisując się na kurs wyrażam zgodę na przetwarzanie podanych danych w celu otrzymywania newslettera. Wyrażam zgodę na przesyłanie mi informacji handlowych o produktach.

autoresponder system powered by FreshMail